A6

Mechanik zadzwonił o piątej.

Było to o tyle niespotykane, bo wcześniej dzwonili o czwartej, plus minus trzy minuty, jeśli nie zadzwonili w tym czasie, to sprawę należało odłożyć do następnego dnia. Ten jednak zadzwonił o piątej.

— Panie Marcinie — odezwał się strapionym głosem. — Koła wymienione, ale jest pewien… problem. Najlepiej, gdyby wpadł pan tak koło szóstej, koniecznie.

Struchlałem.

Wiedziałem, że zauważy, mechanicy już tacy są, wściubiają nos nie tam, gdzie powinni i w ogóle wtrącają się w nieswoje sprawy.

Westchnąłem tylko i rozłączyłem się.

— Niech pan sam teraz spojrzy — otwarł bagażnik, gdy tylko weszliśmy.

Zobaczyliśmy tam owinięte starannie w dywan zwłoki mojej żony.

Leżały dokładnie tak, jak wczoraj je tam pieczołowicie włożyłem.

(…)

— Uśmiercił mnie — zmięłaś kartkę i rzuciłaś w kąt. — Co za… — zmęłłaś w ustach przekleństwo. — I to po tym wszystkim, co dla niego zrobiłam…! Poświęciłam mu przecież pół życia…!

— To tylko fikcja literacka — mruknąłem, zakładając spodnie i zapalając potem papierosa. — Bez tego pewnie fabuła nie kleiłaby się.

— Teraz nagle go popierasz? A co niby robiliśmy przed chwilą? I co robimy od miesięcy?

— Może się domyślił…

(…)

A5

Sił mi brak ostatnio tym więcej, im dłużej śpię, a śpię coraz lepiej, mogę powiedziec tylko tyle, że zacząłem jakiś zarys „Słonia”, rzeczy o tamtych strasznych czasach, pełnej paralel i tych metafor przykrych o tyle, że widzianych z perspektywy metra dwudziestu-metra czterdziestu, coś koło tego, no ale.

Sił mi brak ostatnio tym więcej, im więcej mam pomysłów, pierwszą wersję ebooka „Zielony, pin, zielony!” skleiłem gdzieś w dwa tysiące piętnastym i była tam tylko pięćdziesiątka historii, a teraz dobiłem do jakichś stu czterdziestu-stu pięćdziesięciu historii, ale sklejać mi się już nie chce, albo sił brak, albo lepiej się wyspać, więc.

Tymczasem Still Corner.

A4

Tak, małe kwadraty wciągnęły mnie jako jedyne, cyk, podpis, dodaj lokalizację albo i nie, udostępnij znajomym takim albo śmakim, ciekawe, otóż.

Tak, życie na ciągłym haju jest nieco męczące, przez całe dnie myślisz tylko, co zrobiłbyś, gdyby, no ale nie robisz, sypiesz tymczasem trzy łyżeczki i czekasz na wrzątek, trzy łyżeczki, moc: dwa na pięć, kwaskowatość: trzy na pięć, pół kilo za dwie dyszki w lokalnym spożywczaku, jutro też.

I tylko Mike Patton.

A3

— Dwa kilo — powtórzyła ze łzami w oczach. — Dwa kilo i cofam pozew rozwodowy. A jeśli nie masz ochoty już myśleć o nas, to pomyśl o nich — wskazała dwoje dzieci, bawiące się spokojnie w kącie.

Dziewczynka układała puzzle z dzikimi zwierzętami, chłopiec budował z klocków wieżę aż do chmur.

Mężczyzna ziewnął szeroko i wzruszył ramionami, bo cóż innego mógłby zrobić? Dwa kilo w tydzień to bardzo dużo, a spłacania wszystkich zaległości raczej prędko nie zacznie, obydwoje zdawali sobie z tego sprawę.

Żona trzasnęła jeszcze tylko drzwiami na odchodne.

A przecież nie tak miało być.

Bank zaczął wysyłać upomnienia już po pierwszym kilogramie, ale zignorował je, twierdził, że tydzień-dwa i wszystko wróci do normy, nie ma się czego obawiać, telefonicznie obiecywał poprawę, dał sobie nawet pobrać jedną pensję w zastaw, który jednak bardzo szybko się przeterminował i na dwa tygodnie zostali oboje bez środków do życia.

— Większego upokorzenia nie przeżyłam nigdy. — Nawet wtedy, gdy musiałam oddać wszystkie swieżo zakupione ciuchy — przywitała go pewnego wieczoru żona.

— Co się właściwie stało? — zainteresował się, choć tylko na moment.

— Multisport zablokowany — prychnęła. — Drzwi zatrzasnęły mi się przed nosem, a ci w środku wytykali mnie palcami. Zrób coś z tym, proszę…

Zacisnął zęby, przestał jadać kolację i dwa razy zaliczył nawet trucht dookoła osiedla.

Waga jednak ani drgnęła.

— To bez sensu — powiedział któregoś dnia. — Po co blokują karty wstępu na siłownie, skoro teraz nie mam nawet gdzie zrzucić wagi?

— Po to, żebyś się opamiętał — jęknęła przerażona. — Taki jest System, z nim nie wygrasz…

Przecierpiała jeszcze komornicze zajęcie samochodu, bo i tak nie zamierzali już z niego korzystać. Telewizor też nie był już potrzebny, dostawca sygnału przysłał krótki list z przeprosinami, że okoliczności, bla bla bla, i tak dalej, co prawda świadczyć usług już nie może, ale gdy tylko gospodarz domu wróci do właściwej wagi…

— Nie życzymy sobie, abyście tutaj mieszkali — powiedział pewnego dnia zarządca osiedla, który niespodziewanie wszedł do ich domu jak do siebie. — To znaczy pani może, ale on… — wskazał palcem na męża gospodyni, a potem zrobił charakterystyczny gest podrzynanego gardła.

— To już nie macie większych zmartwień? — prawie rzuciła się na niego z pięściami. — A ten z początku ulicy? Właśnie wyszedł na wolność, nagle jest w porządku?!

Mężczyzna zmieszał się.

— To prawda — przyznał po chwili ociągania. — Sąsiad z początku ulicy odsiedział dwadzieścia pięć lat za bestialskie morderstwo żony i trójki dzieci, ale skąd pani wie, czy czasem go nie prowokowała? I jakie problemy ma teraz? Z pewnością jednak wagę ma w porządku, przedstawił odpowiednie zaświadczenie. Natomiast on…

Machnął ręką i wyszedł.

— Niczego nie mogą nam zrobić — powiedział mąż. — Każą nam się spakować?

Na drugi dzień mina sporo mu zrzedła.

— Odebrano mi prawo do wykonywania zawodu.

Kobieta aż przysiadła na sofie.

— A z czego będziemy teraz żyć…?

Nie zdążył odpowiedzieć, bo do ogrodu weszło kilku intruzów, w białych kitlach i z budowlanymi kaskami na głowach.

— Możemy to wyburzyć i urządzić tu ogród — powiedział ten pierwszy. — Albo podzielić działkę między sąsiadów.

— To już lepiej rzucić o niego losy — odparł drugi, w którym małżonkowie rozpoznali zarządcę osiedla.

— Co tu się w ogóle wyprawia?! — ryknęła na nich kobieta, wybiegając do ogrodu. — Przecież wciąż tu mieszkamy!

— Bank zaraz wam tę działkę zabierze, kwestia dwóch dni. Wkrótce pani też zostanie wysłana na bezpłatny urlop, do czasu wyjaśnienia tej sprawy. No chyba — zniżył głos — że wniesie pani o rozwód…

* * *

— Dwa kilo — powtórzyła ze łzami w oczach. — Dwa kilo i cofam pozew…

A2

Ważę dokładnie wszystkie słowa, komponuję z nich twarde, konkretne zdania. Cyzeluję w czasie rzeczywistym. Ważę dokładnie sens, oczekiwane emocje i odbiór. Mówię niezbyt szybko i niezbyt głośno, półgłosem jakby, bo wiem, że wtedy odbiór i zainteresowanie są lepsze.

Dążę do szybkiego osiągnięcia przewagi.

Ważę zawsze i wszędzie, dobieram wszystko starannie, łącznie z brakiem gestykulacji, to dobre dla osób rozhisteryzowanych, ciot i pseudohipsterów, co w zasadzie wychodzi na jedno. Skąpa mowa ciała, dłonie na wodzy, nawet podczas luźnej rozmowy.

Nie ma luźnych rozmów.

Zdania nie zmieniam, rozmowy ucinam, nie dyskutuję. Chcesz? Zostań, bo jeśli nie chcesz, to odejdź. Nie proszę, nie błagam, nie przymilam się, stracę być może teraz, ale zyskam trochę później.

Całość dopełniam spojrzeniem.

Lekarze twierdzą, że wystarczy osiem sekund. Chemia będzie, bądź nie, bo tyle wystarczy, żeby nozdrza wciągnęły Twój zapach, a mózg skrupulatnie go przeanalizował. Osiem sekund i już wiesz, czy możesz się z kimś przespać, bądź nie. Natura to sprytna bestia.

Jedna rozmowa wystarczy natomiast, bym wiedział, czy osiągnę nad Tobą przewagę.

Całość dopełniam spojrzeniem, głębokim i świdrującym na tyle, by wedrzeć się wgłąb Twojej duszy, o ile w ogóle wierzysz w jakąś duszę. Wierzysz?

Jedna rozmowa wystarczy natomiast, bym wiedział, czy chcę Cię zabić.

Ważę dokładnie wszystkie słowa i wypowiadam je bez choćby cienia uśmiechu. Te niektóre grymasy na mojej twarzy świadczą o tym, że być może na moment chcę przestać być mordercą, lub psychopatą, w zależności od tego, która wersja Ci pasuje.

Niedbałe grymasy bierzesz za dobrą monetę.

A1

– Zamknij mordę – odezwał się do rudego chłopca pod ścianą. – Zamknij mordę, albo ci ją obijemy – skinął głową do pryszczatego pomagiera, ten odpłacił także skinieniem.

– Śpiewaj, gnoju! – wrzasnął na mnie z kolei pomagier, bo główny prowodyr musiał akurat zwilżyć gardło: odkręcił termos i nalał sobie do kubeczka z Puchatkiem herbaty, przyniesionej przez mamę.

– No, śpiewaj! – ponaglili mnie obaj.

– Kiedy bo nic nie wiem – jęknąłem płaczliwie i wcale nie musiałem udawać, wiedziałem rzeczywiście niewiele. – Nie dopuszczają mnie do rodzinnych tajem… – już miałem łapać drugi oddech, gdy pryszczaty nagle pchnął mnie gwałtownie do tyłu, a przywódca bandy podciął mi nogi.

Tylko jakiemuś instynktownemu odruchowi zawdzięczam to, że nie rozbiłem sobie głowy o beton.

– To twoja ostatnia szansa, bucu w torbę kopany! – pisknął głośno ten trzeci, którego nie traktowali nigdy poważnie, ja też nie traktowałem, ale mordę umiał skuć jak mało kto, może to właśnie dlatego. – Liczę do dziesięciu!

– Kiedy nie bardzo nawet wiem… – znów zacząłem jęczeć, ale zignorowali mnie zupełnie.

Częstowali mnie kopniakami, gdzie tylko popadło, odruchowo chroniłem głowę. Wydawało mi się, że firanka w naszym mieszkaniu drgnęła lekko, ale złożyłem to na karb ogólnej szamotaniny; no cóż, każdemu od czasu do czasu zdarza się zobaczyć to, co chce widzieć.

– Spierdalajcie stąd, skurwysyny! Znowu to samo! – z bramy wyłonił się stróż z grubym, drewnianym kijem w ręku.

– Ależ co pan… – zaczął prowodyr, ale stróż nie zamierzał bawić się w wyjaśnienia, po prostu zdzielił go kijem w głowę, na odlew. Wódz padł bez słowa jak nieżywy na beton.

– Chodu! – wrzasnął ten piskliwy do reszty swoich towarzyszy i razem dali drapaka.

Po upewnieniu się, że nic nam nie jest stróż pogroził tylko palcem i wrócił do swojej klity. A ja, zły i jednak trochę zbyt mocno skopany – do mieszkania rodziców.

– Nie dałem się, nie pisnąłem ani słowa – zacząłem od progu, ale ojca nie dało się nigdy oszukać. Z dezaprobatą patrzył na mnie, jego wzrok zawierał się gdzieś pomiędzy „jeszcze dużo wody w rzece musi upłynąć…” a „do niczego się nie nadajesz, synu…”.

– Wiem – powiedział po dłuższej chwili, zrezygnowany. – Widziałem. Może następnym razem będzie lepiej.

– Będzie lepiej – pocieszyłem go, ale jakoś tak bez przekonania. – Nic przecież nie wiem.

– Mam nadzieję – uśmiechnął się smutno i już zamierzał wycofać się z gazetą do dużego pokoju, gdy…

Jakiś czort podkusił mnie i postanowiłem zagrać va banque.

– Nic przecież nie wiem, najwyżej tylko o skrytce za obrazem Matki Boskiej – wyszeptałem.

Rzucił gazetę i jednym susem znalazł się przy mnie.

– Skąd… – zaczął zduszonym głosem, patrząc na mnie bezsilnie (ciąg dalszy w ú1íŽŐĽ |űüf1Űf1ÉfSfQ#WŽÝŽĹRľ |ż #ą #óĄę+# R´A»ŞU1É0öůÍ#r#űUŞu#á#t#fÇ#Ń#´Bë#ë ZQ´#Í#á?[Q#¶Ć@P÷áSRP» |ą# fˇ°#čD #‚€ f@€Ç#âňf>@|űŔxpu úĽě{ęD| č isolinux.bin missing or corrupt.
f`f1Ňf##ř{f##ü{fRfP#Sj#j#‰ćf÷6č{Ŕä#áĹ’ö6î{Ć#áA¸##Š#ň{Í#Ťd#faĂč# Operating system load error.
^¬´#Š>b#ł#Í#<
uńÍ#ôëý